Kurz, słońce, kichnięcie. Czyli życie w czasach materii organicznej.

Jedziemy rano do pracy zapchanym autobusem. Mieszkamy na przedmieściach. Bo tam czystsze powietrze, wiatr hula między blokami i rozwiewa opary miasta. Nasza praca mieści się gdzieś na antypodach. Po drugiej stronie aglomeracji najeżonej blokowiskami i wieżowcami jak szkolny jeż kredkami. Za kilka rond, za kilka skrzyżowań, za kilka przesiadek będziemy u celu.

W autobusie ludzie szturchają nas wszystkimi kończynami. A starsi pasażerowie też laskami i kulami. Jest duszno, bo okna się nie otwierają, a na klimatyzację jeszcze za wcześnie. Przecież dopiero koniec marca. A my i tak wyciągamy z torby książkę. Sfatygowany horror kupiony na straganie pod dworcem. Od dziewczyny z dredami i piercingiem w wardze. Stephen King. „Miasteczko Salem”. I wśród tych wszystkich kończyn i poszturchiwań rozginamy książkę, odnajdujemy wśród kartek lichą zakładkę. Tekturowy kartonik z Bershki. I wciśnięci gdzieś między kasownik a biletomat wracamy do lektury. Czytaj dalej

Bez Kosmitów wślizgujących się w nocy przez niedomknięte okna. „Druga Ziemia” (2011).

Co prawda dopiero w marcu, bo styczeń i luty wessały mnie jak dwie czarne dziury, postanowiłam, że przestanę oglądać filmy mainstreamowe. Bo mainstreamówki prowadziły mnie donikąd. A szkoda życia na wycieczki w ślepe zaułki.

Fakt, że znajomi i nieznajomi zapiali z zachwytu zgodnym chórem nad „Grą Tajemnic” czy udali się gromadnie niczym stado owiec na „Pięćdziesiąt Twarzy Grey’a” w Walentynki nie oznacza, że produkcje te proponują coś nowego, czy warotościowego. „Gra Tajemnic” jeszcze tak [recenzja]. Zahacza o ważne społecznie tematy, nie proponując jednak przy tym absolutnie niczego nowego w kwestii formy. Co do „Pięćdziesięciu Twarzy Grey’a” powstrzymam się od komentarza, bo nie widziałam. Postulat bardzo wywrotowy. Bo w obecnych czasach ludzie coraz częściej działają według reguły „nie znam się, to się wypowiem”. Na Fejsbuku istnieje nawet stosowna grupa zrzeszająca ludzi wyznających tę zasadę. Czytaj dalej