Znaki wodne.

Był piątkowy wieczór. W kalendarzu Maj. Ale w powietrzu wisiał późny listopad. Powietrze było nabrzmiałe deszczem jak żabi brzuch. Brzuch miał lada moment pęknąć, wylewając na Krakowian i innych przygodnych odwiedzających strumienie zastałego od trzech dni deszczu. Wzdrygałam się na samą myśl takiej ponurej atmosferycznej katastrofy. Czytaj dalej

Inhalatorium. Prewencja tężca wspierana przez Batmana.

Sobota. Jesteśmy w Rabce. Idziemy do tutejszej tężni, czyli wbrew temu, na co nazwa wskazuje, nie do miejsca prewencji tężca, ale ogólnodostępnej przestrzeni leczenia dolegliwości dróg oddechowych. Solanka skapuje z gałązek tarniny, wydzielając chłodną, podobną do zapachu morza woń. Biorę Florkę za rękę. I mówię jej: wdychaj. Wdychaj. Kiedy okazuje się, że to nie takie proste. Czytaj dalej

Kieszenie szczęścia.

Od grudnia zawsze powtarzałam z dumą, że nasza choinka wciąż stoi. I że się z niej nie sypie. Tak było w istocie. Choinka z Obi. Historia zakupu tutaj. Igły trzymały się jak przyklejone. Do tego stylowe, metalowe wiadro z Mikołajem. Po świętach i po przeprowadzce, które zbiegły się ze sobą i ze spadnięciem śniegu ja przeprowadziłam się na Mistrzejowice, a choinka na Mistrzejowicki balkon. Czytaj dalej