🚿🚿🚿

To nie miało tak być. Patyczki do uszu bio kaleczą ci uszy od środka, jesteś głodna, każdego dnia, kiedy nie jesz mięsa i wrzucasz naleśniki z fasolą na Instagrama. Co za koszmar. Noc w noc nowy. Tej nocy śni ci się że jesteś Batmanem, który urządza dom, tak, żeby ukryć, że nim jest. Twoi wrogowie, którzy wyglądają na ziomków z obsługi Playa, przychodzą w odwiedziny. Pokazujesz im małe komódki, skrytki i pawlacze, pełne starych, glinianych donic, a każda z nich jest ukrytą zapadnią do innych pomieszczeń. Trzymasz tam broń, doczepiane skrzydła, części do samochodu, sprzęty do ćwiczeń. Masz tam wszystko, co czyni cię Batmanem i co pozwala ci co noc rozpierdalać rzezimieszki na mieście. Teraz stoisz przed nimi w wyciągniętym swetrze, pociągasz nosem i miętosisz chusteczkę higieniczną. Udajesz słabość i chorobę. Pod tym swetrem nie widać ci muskułów. Ziomki, uspokojone, odchodzą, a ty wiesz, że rozpierdolisz ich już tej nocy.

Budzisz się, zmieniasz płeć przez te trzy sekundy, których potrzebujesz, żeby otworzyć oko i wyłączyć pierwszą kaskadę budzika. Dalej jesteś wszechmocna, wszechpotężna i dalej wiesz, że rozpierdolisz to miasto. To uczucie, ono jest jak nieśmiertelność po alkoholu, jak pierwsze pół godziny na ekstazie, jak wyjście na Czeluść zimą w okularach przeciwsłonecznych. Upajające. To uczucie nie mija w ciągu dnia. Walisz w klawiaturę z przekonaniem, że tam w domu pod Lasem Wolskim każda doniczka, którą trzymasz na parapecie, jest przejściem na zaplecze twojego życia. Dobryjezu. Potrzebujesz na to leków, a masz tylko witaminę C w kosmetyczce. Każdy się boi, że od tych leków jest plus pięć kilo w skali tygodnia, no i zawsze żal tych momentów nieśmiertelności, ale tego nie ma w pakiecie i trzeba ci będzie z powrotem wgrać ustawienia fabryczne.

Na sylwestra czekają tylko ekspedientki w galeriach handlowych. Mają nadzieję w końcu wszystko sprzedać w pizdu, schować najlepsze ciuchy dla siebie, aż stanieją na promocji, a potem naćpać się kryształami na sylwestra tak, jakby się było w Aparcie. Ał. Te kolejki w sklepach, one bolą. Kalendarz nalicza dni jak przechowalnia bagażu na dworcu, a ty nie masz nawet sił zapisywać snów, chociaż wiesz, że jakbyś tylko zaczęła, zgubiłabyś się w nich jak w studni bez dna, w którą można spadać całą wieczność. Noce w lasku znowu są zimne, a piec bywa łaskawy tylko nad ranem. Przestałaś próbować głaskać psa sąsiadów, odkąd nosisz hybrydy. Zamiast jej imienia, liżesz wiatr na ustach i szukasz szyszek pod domem. Znowu możesz pisać. Chociaż nie ma to najmniejszego sensu, ktoś po prostu oddał ci tę właściwość. To jest pisanie, które ma sens. Namaste.

🌲🌲🌲

Odkąd przeczytałaś „Radio Armageddon” Żulczyka piszesz już tylko w drugiej osobie. Ta książka cię znokautowała. Poza tym to tę książkę ci podpisał i nad nią uścisnął ci rękę. Zaraz po tym, jak obwieścił wszystkim, że niedawno odkrył „dobrodziejstwa ssri i wszystkim je poleca”. Zapisałaś to zdanie w zeszycie z Sailor Moon, a jego dziewczyna patrzyła na ciebie badawczo dwa rzędy dalej. Nie miała make-upu i nie miała naciągniętej twarzy. Nie wiedziałaś, czy świadczyło to, o jej słabej sytuacji finansowej czy niezłomności charakteru.

No właśnie. Najlepiej pisać na zaczynającej się depresji, kiedy już nie masz siły bawić się w coś takiego jak lustra i make-up, a włosy myjesz tylko do zdjęć. Tylko zdjęcia zbierają cię z podłogi i każą ubrać się kilka razy w miesiącu jak na demo okładki Vogue’a. Byle fotograf nie zjebał zdjęć i byle nie okazał się ruchającym modelki okurwieńcem. Zresztą nieważne, miałaś pisać. Pisać zamiast latać po mieście z eyelinerem po skronie i warkoczykami doplecionymi przez laskę, która upiera się, że grała w „Liście Schindlera”, chociaż nie wygląda na więcej niż 40 lat. Miałaś pisać. Kiedyś poznałaś ludzi, którzy uwierzyli w twoje pisanie i chcieli cię czytać. Chcieli czytać, poprawiać przecinki i sprawdzać nazwy substancji psychoaktywnych w internecie. W żadnym rozdziale, w żadnej scenie, w żadnej z list dialogowych nie przyłapaliby cię na ściemie. Twój psychiatra byłby z ciebie dumny. Dumny, że można tak umiejętnie wciskać kit.

No ale nie pisałaś od lutego, a przynajmniej nie to, co pisać powinnaś. Wydałaś opowiadanie o OD, o overdosie, o przećpaniu w magazynie „Ruski Pop”, a potem wyprowadziłaś się z pudełka po butach na Grzegórzach, w którym nie mieściły się już twoje współlokatorki i kontakty pluły ci w twarz iskrami. Dowiedziałaś się, co to bezsenność i plastikowe szafy z działu promocja z Ikei, które zawalały się na ciebie, kiedy chciałaś wyjąć z nich bluzę.

Przeprowadziłaś się, po to, żeby pisać, ale okazało się, że tamten strych był akwarium, przez które widzieli cię sąsiedzi, z którego ścian wychodziły mrówki, a z okien sypały się pająki. Napisałaś tam dwa teksty, nagrałaś parę rozpaczliwych video, połamałaś się na desce na Błoniach i wyprowadziłaś z wielką ulgą i oddaną kaucją.

Przeprowadziłaś się do lasu. To było twoje marzenie od zawsze, odkąd matka czytała Ci „Tajemniczy Ogród” i puszczała na VHS „Anię z Zielonego Wzgórza”, kiedy byłaś chora. Naprawdę nigdy nie zastanawiałaś się, dlaczego farbujesz włosy na rudo i z każdym mieszkaniem, z każdym strychem przeprowadzasz się coraz bardziej w głąb, aż do tego dnia, kiedy budzisz  się, otwierasz okno i nieomal na śmierć straszysz wiewiórkę z gałęzi naprzeciwko. Już nie zasypiasz z widokiem betonu ani z łuną miasta kaleczącą ci niebo. Zasypiasz do cykad świerszczy, które grają nieprzerwany dźwięk bez końca i na zawsze, a ich „zawsze” kończy się dopiero z końcem lata.

Na myśl, że ktoś mógłby przyjść i zabrać ci las, chcesz przypiąć się do kaloryfera. Pod ręką masz kajdanki, więc zawsze możesz. Tu jest gazowe, tak że przez większą część dnia kaloryfer jest zimny i się nie spalisz. Tak robiłaś, kiedy nie chciałaś iść do przedszkola. Pamiętasz? Przyczepiałaś się do kaloryfera, a matka odrywała cię siłą. Old habits die hard. Bad habits die harder.

Las woła cię co wieczór, skosy zamykają się nad tobą, a ty nie piszesz tego, co miałaś, chociaż w głowie opowiedziałaś tę historię już sto razy, na sto sposobów, w stu różnych konfiguracjach bohaterów. Idziesz spać pod cieniem księżyca odbitym na ścianie i mówisz sobie, że tę historię możesz opowiedzieć tylko tam, gdzie się zaczęła, że ona jeszcze żyje tam, na Mogilskim, że ściany tej kamienicy jeszcze szepczą imiona bohaterów. Ale wiesz, że to nieprawda, to wymówka, kolejna wymówka i kolejna przeprowadzka, a Las Wolski jest przecież najpiękniejszy zimą.

🍄🍄🍄

Cudownie, że gdzieś jeszcze są te miejsca. Miejsca bez procedur, bez etapów zarządzania końcem projektu. Że można się po prostu wprowadzić i zostać. I co rano widzieć wiewiórki skaczące po drzewach z nastroszonymi kitami jak spryskane suchym szamponem. Rossmann, wyrzuć to z głowy. Nie potrzebujesz tego. Wiewiórki, je możesz oglądać co rano i to nie jest nadzór. Je możesz oglądać co rano i one nie mają nic przeciwko. Miejsca bez klimatyzacji, z piecem gazowym, który wstaje pierwszy na piętrze i grzeje wam powietrze. Miejsca, w których jest powietrze. Jest miejsce na Buddę z porcelany i nie trzeba go chować jako symbolu religijnego. Jest takie miejsce, do którego cię kiedyś nie wpuszczą za twoje tatuaże, wiesz? Mandale na rękach, mandale w głowie, przesyłki z Holandii pod twoim biurkiem. Zielone sny i zielone zakola drogi do domu. To nie mieści się na kartce papieru, wiesz? Kiedyś wejdziesz do tego miejsca tylko po to, żeby zabrać karton ze swoimi papierami i kaktusem. Do miejsca pełnego martwych drzew i wysadzanego plastikiem. I po plecach przebiegnie ci ostatni dreszcz. Deszcz, wiesz jak pada nie na Youtubie, nie na Tidalu, nie na Soundcloudzie, a na dachu? Wiesz, że deszcz nie ma smyczków w tle, tylko psy wyją i bezwładne futra kotów ciężko zasłaniają parapety. Wiesz, jak się głaszcze kota przez szybę? Cudownie. On to uwielbia, tylko najpierw musisz go obudzić. Wiesz, jak to zrobić? Zrób to swoimi myślami.

I miejsca w których można kupić piękno. Tysiąc od strzykawki. Broda, żuchwa, kości policzkowe, skronie. Usta i kapusta. Miejsca w których czas mierzy się w tabletkach Solpadeine i etapach procesu.  Miejsca w których pogoda jest na wyciagnięcie palca, na dotknięcie guzika. Miejsca, w których ktoś decyduje o wietrze, o cieple. Miejsca, w których nie ma boga, a nawiew można naprawić przy użyciu stanowiska i telefonu. Miejsca w których usta są smarowane Bepanthenem, bo albo są przed albo po powiększeniu. Szkło powiększające już nie wystarczy. Zoomy, filtry w telefonie. Zakwaszone baterie i przepłacone apki. Miejsca w których bluszcz pnie się po ścianie po kątach prostych i pochodzi z Ikei. Miejsca w których nosisz dwie smycze, a nie masz psa. Szklane blaty przy których zjadasz jedzenie na wagę, łykasz gulasz z marchewki z groszkiem i ciecierzycy i płaczesz na deser. Miejsca do których chcesz wejść tylko raz, z dyplomem uczelni i uśmiechem na twarzy, a potem za każdym razem chcesz tylko wyjść. Miejsca które nie znają chmur, w których nie odrastają hybrydy, a odrost na włosach jest tematem memów.

Znasz te miejsca?