Szekspir też ćpał.

Psychodelia

/ fot. Natalia Janik

quotation– Siema, stary – przecisnęła się do hallu. W korytarzu było ciemno i zimno jak w kościele w listopadzie. Prezek zawsze musiał mieszkać w jakimś odjechanym miejscu. Rok temu nie miał pieniędzy i wynajmował miejsce w pawlaczu u jakiejś bardzo biednej, bardzo dziwnej rodziny. Wchodził na górę po sznurkowej drabince, którą potem musiał szybko wciągać na górę, żeby kot właścicieli nie zdążył dojechać go pazurem. Teraz mieszkał na siedemdziesięciu metrach, w nieogrzewanej kamienicy […] Nad głowami wisiał spadzisty, szklany żyrandol z odrzutu od ziomka, który próbował wystawić spektakl dyplomowy „Szekspir też ćpał”, ale wyleciał ze studiów grubo przed premierą.

Szekspir Też Ćpał

Opowiadanie ukazało się w magazynie kulturowym „Ruski Pop” (XII, 2018), do nabycia w sklepie Czeluść, a zdjęcie zrobiła Natalia Janik.

#1   Pterodaktyle

Pterodaktyle krążyły nad głowami pracowników jak piguły ekstaz po przełykach i rękach w sobotnią noc. Spiczaste skrzydła owiewały głowy pochylone nad komputerami i robiły za klimatyzację, aż podfruwały sterty faktur przygotowane do księgowania. Każdemu pracownikowi przypadał jeden pterodaktyl. Zmutowany anioł stróż, poranny gratis w pakiecie poniedziałkowych halucynacji.

– No ja pierdolę, jaka mocna faza – Nan włączyła komputer z taką siłą, jakby co najmniej odpalała rakietę w kosmos. Granatowa sukienka w grochy odbijała się w ciemnym ekranie. Oversizowa i niewyprasowana. Nigdy nie prasowała ciuchów i nie malowała ust. Białe włosy, ścięte do brody przeżółcały się na końcach. Szampon do niwelowania żółtych refleksów skończył się w sobotę. Wieczorna przyjemność za 6,50 z Rossmana. W sobotę skończył się też worek ekstaz, skończyły sensowne rozmowy, skończyły trzy wódki. Otwierała tydzień z mocnym postanowieniem: idzie na jeszcze jeden melanż a potem stopka bez terminu.

– Elo elo, poniedziałkowe bordello – wielka torba na siłownię wylądowała na biurku, zaraz za nią bidon z resztką wody, potem sam Daniel rzucił się na śliski blat. Poniedziałek, 8:10, firma Horyzont, Kraków. Za oknem: kontur przystanków autobusowych, logo Ikei w tle, plus zmęczone sobą i smogiem chmury. Zatłuszczona pocztówka znad stacji benzynowej.

Pterodaktyl w kolorze pastelowej mięty zatoczył koło nad Danielem i przysiadł na suficie. Do góry nogami, niezły zawodnik. Nan aż nakryła się ręką, wzbudzając powszechną ciekawość współpracowników. Wzruszyła ramionami, uśmiechnęła się i nachyliła nad Danielem. Pachniał nieprzetrawionym cydrem i jakimiś ciężkimi fajkami.

– Jak tam po melanżu? – wydobyła z siebie pytanie i anemiczny uśmiech.

Najpierw podniósł na nią oczy, potem brew. Jego pterodaktyl zatrzepotał na suficie.

– Jak najszybciej – rzucił sentencjonalnie.
– Jak najszybciej do kolejnego? – podchwyciła poniedziałkowego vibe’a.
– Jak najszybciej stąd. Idziemy na dymka na zewnątrz? – uniósł drugą brew. Wyszli w akompaniamencie dwóch pterodaktyli uczepionych nad ich głowami jak balony do nadgarstków dzieci w Dzień Dziecka.

Dwa dymki. Tyle potrzebowała, żeby odzyskać oddech.

– Danio, ja już tak nie mogę. Odpadam z tego świata – wypuszczała kolejne dymki – Kończę z melanżowaniem, nie mam do tego portfela, głowy ani zdrowia.
– Co ty pierdolisz? Po prostu zjadłaś dwie ekstazy za dużo i cię przekręciło – potrząsnął jej przed oczyma grubym Marlboro.

Otworzyła buzię i wywróciła usta na drugą stronę. Pokazała mu pogryzione, przesuszone policzki. Coweekendowy szczękościsk zebrał swój plon od policzka do policzka. Zamknęła usta i przełknęła ślinę jak na slow motion. Bolało.

– Faktycznie, ostro musiałaś polecieć z melanżem. Teraz Gerbery i wafle ryżowe rozmoczone w herbacie co najmniej do środy – pokiwał głową prawie z uznaniem.
– No dokładnie, dlatego bankiet u Prezka to mój ostatni melanż. Potem już mnie nie wyciągniecie – rozmasowywała policzki od zewnątrz. Miała minę wielkiego chomika, którego jakiś małolat ukrzyżował dla eksperymentu i teraz zdjął z krzyża.
– Co za bankiet? – bawił się petem.
– Nie dostałeś zaproszenia?
– Coś tam dostałem, ale specjalnie nie wnikałem – Daniel z zasady niespecjalnie wnikał w rzeczy.
– Prezek rzuca wszystko w pierony i wylatuje na Islandię, do pracy. Będzie tam zarabiać w spożywczaku pod gejzerem więcej niż cały nasz zespół razem wzięty – nerwowo dopalała Palmala, cienkiego jak swoje palce.
– Co ty dajesz? – zdziwił się aż pod szyld Horyzontu.
– Seryjnie. On ma już tam wszystko nagrane. Zaklepany spożywczak gdzieś na końcu Islandii, gdzie dziennie przychodzi góra trzech Islandczyków po mleko i bułki. Wszyscy śmigają po angielsku i nikt nic nie będzie od niego chciał. A w tle gejzer, niebo i góry, rozumiesz. Żyć, nie umierać, a już na pewno nie wracać.
– Ale jak on się tam wkręcił? – chybił petem do kosza.
– Przez jakiś znajomków. Było tylko jedno miejsce i się wstrzelił, kumasz?
– No właśnie nie. Nie kumam, dlaczego my tkwimy tu drugi rok nad stacją benzynową, w tym Horyzoncie – spojrzał w górę z wyrzutem. Smog rozrzedzał się, eksponując szczerbaty napis, w którym brakowało pierwszego „o” – W dodatku nic się nie zmienia. Klepiemy biedę i status quo.

Nie miał do końca racji. Zmieniał się bilbord nad stacją. I to regularnie, co trzy miesiące. Teraz jakaś cycatka z wybielonym zębem i doczepionym włosem reklamowała badziewnie neonowy energetyk. Minęli ją beznamiętnie, wracając do środka.

#2   Paciorki

Witraż z kurzu i światła rozłożył się na schodach jak stary koc. Na każdym półpiętrze taki sam, z rozmysłem i premedytacją rzucony pod nogi mieszkańcom przez architekta. Gość chyba poza klatkami kamienic projektował kościoły i alejki cmentarzy. W cieniach parapetów snuły się smętne paprotki i złorzeczyły na niepodlewających je mieszkańców starych, drewnianych drzwi. Szum suchych liści towarzyszył każdemu krokowi Nan. Kolejne piętra odbierały jej trochę więcej oddechu. Lata palenia Palmali i chwastu kładły się cieniem na kanalikach płuc i oskrzeli. Jej długie palce przetykane pierścionkami z lombardów, gdzie pracowały jej ziomki, wyglądały jak z okładki jakiegoś wybitnie mrocznego Vogue’a. W palcach ściskała cztery banknoty dwudziestozłotowe.

Piąte piętro. Zapukała do ciężkich drzwi kołatką z głową kozła, badziewiem z Hali Targowej doklejonym zeszłej jesieni. Ci z to zawsze mieli pomysły.

– Elo elo – odezwały się wciąż zamknięte drzwi.
– Gogol bordello – dokończyła rymowankę. Alohomora, którą ktoś przetłumaczył na język bloków. Magiczne słowa otwierające nielegalny sezam.

Drzwi otworzyły się i zamiast wysłużonego kozła przed oczami stanął jej Prezek. W fullcapie, daszkiem do tyłu i wyciągniętej bluzie z napisem „Feel Me”. Owionął ją znajomy, ciepły zapach chwastu i żelek Harribo. Chodziły tu często na promce w Biedrze dwa bloki dalej, a Prezek był człowiekiem promocją. Kiedy na promkę wrzucali energetyki, pił tylko je, aż dostawał manii, kiedy makaron bezglutenowy, na pół roku przechodził na bezglucie, a kiedy Harribowce, kupował je do wyczerpania zapasów i ostrzykiwał wódką.

– Nan! – uśmiechnął się rzędem białych zębów i jednym ze złotą nakładką. Moda z amerykańskich teledysków. Brzydka i droga.
– Siema, stary – przecisnęła się do hallu. W korytarzu było ciemno i zimno jak w kościele w listopadzie. Prezek zawsze musiał mieszkać w jakimś odjechanym miejscu. Rok temu nie miał pieniędzy i wynajmował miejsce w pawlaczu u jakiejś bardzo biednej, bardzo dziwnej rodziny. Wchodził na górę po sznurkowej drabince, którą potem musiał szybko wciągać na górę, żeby kot właścicieli nie zdążył dojechać go pazurem. Teraz mieszkał na siedemdziesięciu metrach, w nieogrzewanej kamienicy. W korytarzu uśmiechała się skserowana w kolorze reprodukcja Mona Lisy w ramce z napisem „Jezus Cię kocha”. Nad głowami wisiał spadzisty, szklany żyrandol z odrzutu od ziomka, który próbował wystawić spektakl dyplomowy „Szekspir też ćpał”, ale wyleciał ze studiów grubo przed premierą.

– Dostałaś zaproszenie? – uśmiechnął się, błyskając złotą nakładką.
– Coś tam wysłałeś priv notką, ale nie zrobiłam screen shota. To będzie Francja elegancja czy zwykły melanż?
– Tym razem robię prawdziwy bankiet – puścił oko w jej stronę. Chybił, miał lekkiego zeza.
– No właśnie, Prezek. Wiesz, to też mój ostatni melanż.
– A ty dokąd się wybierasz? – ze zdziwienia aż wystąpił mu drugi podbródek.
– Donikąd. Po prostu odpadam z melanży. Ogarniam swoje życie. Pójdę na jakiś kurs, podyplom, szkołę, cokolwiek, byle nie spędzać każdego weekendu z ekstazą w gardle i  białym dowodem w kieszeni.
– Co cię napadło z tymi studiami? Na co to komu. Weekendy są od ćpania nie od studiowania – odkąd nakręcił nieudaną EPKę starał się wszystkim udowodnić w rozmowie, że ma rapowego vibe’a. Nie miał.
– Wiesz co, w pewnym wieku wyrastasz z wiks i wolisz odłożyć trochę kasy niż ją wiecznie przepierdalać – powiedziała to tonem coucha, jakby chciała przekonać i siebie i jego.
– Kiedy co jak co, ale na pewno jeszcze nie ten wiek – przeszedł przez lejące się drzwi z drewnianych koralików. Pachniały starym drewnem i różańcem.
– Mój ulubiony nabytek z Hali Targowej – zatrzymał rękę na paśmie paciorków – ziomki zawsze chcą mi je ściąć i sprawdzić czy nie są halucynogenne – wypuścił paciorki z ręki.
– Ładne – Lin kontemplowała przez chwilkę koraliki jak potencjalny łup – a są?
– A kto to wie – zaśmiał się cicho jak młody źrebak.
– Mhm – skomentowała przez nos.
– Wracając do kwestii, Nan, to się nie uda. Za długo w tym siedzisz, za długo obydwoje w tym siedzimy – opadł na stary skórzany fotel, który ktoś kiedyś nieumiejętnie otrzaskał na złoto farbą w spreju.
– A dlaczego wyjeżdżasz? – spojrzała na niego badawczo.
– Też chcę trochę odpocząć od – przełknął ślinę – środowiska. Tak to ujmijmy – rozłożył ręce jak prezenter pogody na Dwójce.
– Dobre sobie – zaśmiała się aż do piątek.
– No wiesz, na Islandii nic nie ma. To dobra destylacja. No, poza wielkimi pieniędzmi i wielkimi przestrzeniami, ale nie mam nic przeciwko. Taka podróż do wnętrza siebie, tylko bez dragów. Detoks w islandzkich okolicznościach przyrody, rozumiesz.
– Aż za dobrze i najchętniej zrobiłabym to samo – westchnęła, aż grzywka uniosła się jej nad czołem.
– Rozumiem, życzę, żeby ci się kiedyś złożyło – zrobił kwaśną minę, jakby właśnie przełknął wyjątkowo gorzką ekstazę – słuchaj, mam wyjątkowo dobry towar. Same czyściochy i kilka eko halucynogenów: grzyby i chwast. Co dla ciebie?
– Czyścioch dla mnie brzmi jak stryczek na szyję po ostatnim melanżu – wzdrygnęła się.
– Widziałem. Wyskładałaś się jak łabędź z orgiami koło trzeciej i poszłaś spać na półce z książkami. A my wtedy, stara, tak się zćpaliśmy, że aż dostaliśmy profetycznej fazy.
– Chyba wolę nie wiedzieć – przewróciła oczami, jakby chciała sobie obejrzeć czaszkę od drugiej strony.
– Słuchaj, no więc nastukaliśmy się tak, że poczuliśmy, rozumiesz, fazę profetyczną. Danio miał tarota. Wyciętego z gazety, poklejonego balonówką, ale miał. I myśmy, proszę ja ciebie, za tego tarota. I przepowiadamy. I wyszło nam, że ktoś z naszych niedługo się przekręci, za mocno pójdzie w melanż i tym razem nie wróci do rzeczywistości. Ziomki mi powiedziały, że tak mówiłem. A taką fazę miałem, że ledwo co pamiętam – podrapał się z wrażenia pod czapeczką.
– Prezek, wy już więcej nie ćpajcie nad tarotem – zajrzała mu w oczy, miał spojrzenie mętne jak piwko w Prozak 2.0.
– Już nie przesadzaj. Ile razy się naćpałaś tak, że widziałaś coś czego nie ma?
– Ale to co innego.
– Jak co innego?! – zaśmiał się pod zabytkowy sufit – A pterodaktyle?
– Skąd wiesz o pterodaktylach?
– Co weekend nad ranem biegasz po Placu Szczepańskim i krzyczysz „pterodaktyl, pterodaktyl!” a turyści z UKeja kręcą cię iphonami.
– Ja pierdolę, muszę się bardziej kryć – mimowolnie parsknęła śmiechem.
– Nic nie musisz, halucynacje zawsze na propsie. To co tym razem? – otworzył swoją sekretną szufladę.
– Pezek, ja chyba pas. Jeszcze po tym, co usłyszałam.
– Stara, prędzej padniesz pod skrzydłem pterodaktyla niż od jednej ekstazki. Weź wycziluj.

Wyczilowała. Kupiła trzy ekstazy i porcję grzybów. Zapłaciła czterdzieści złotych i podziękowała za zniżkę. Wychodząc, zatrzymywała się na witrażu na każdym półpiętrze i kontemplowała swoje trampki.

#3   Profeta    

Ludzie odbijali się od ścian jak odblaski od kuli dyskotekowej, zawieszonej pod sufitem. Wszystkie laski były ubrane w czarne bluzki, czarne sukienki, czarne topy i czarne tatuaże. Tym razem Nan planowała się nie przećpać. Tak jak można planować wiele rzeczy, last minute na Majorkę, weekend u babci, fryzjera z Gruponu. Dwie ekstazy weszły szybko, niezauważone. Nie miała złych myśli, ciężkich nóg, nie kłębiły się jej nad głową wspomnienia z niezaksięgowanych faktur.

Miała 28 lat, odrost na centymetr i sukienkę za kolanko. Stała pośrodku Roko Koko, knajpy, w której Prezek ogarnął bankiet i mrużyła oczy, zmęczone od dyskotekowej kuli. Dostęp do tego świata miały tylko długonogie laski, oplecione tatuażami jak lianami. Obowiązkowo powiększone usta, wybielone zęby, nie zaszkodziłyby też przedłużone włosy. A za kilka lat kompleksowy botoks. Laski wyginały się do jakiegoś przyciężkiego kawałka, a czarne ciuchy wisiały na nich jak w niskobudżetowej reklamie domu pogrzebowego. Gdyby nie gęsto ścielące się tatuaże, można by się tutaj uczyć anatomii. Wystające obojczyki, kręgi, łopatki przypominające skrzydła, które odpadły gdzieś w mrokach ewolucji.

– Siema, taka ładna i nie tańczy? – zacharczał jej ktoś do ucha.
– Ja pierdolę, co za tekst, stary, to nie wesele u ciotki – przymknęła przedłużone rzęsy.

Z cienia wyłonił się Danio. Był niższy od Nan i pomimo, że obydwoje zawsze nosili sportowe buty na płaskiej, piankowej podeszwie, w tych okolicznościach jakoś bardziej było to widać.

– Co taka nie w humorze? – poprawił czapeczkę.
– Nie w humorze, ale w sukience.
– Stara, masz już lepszą minę jak ganiasz za pterodaktylami. Nie ma ich dziś na horyzoncie?
– Horyzont pusty. Dosłownie i w przenośni. Żarcik kosmonaucik – uniosła brew na znak, że właśnie nastąpił koniec żartu i należą się oklaski.

Zaśmiał się nienaturalnie, jakby był z komiksu. Też był już nieźle dziabnięty.

– Co do kosmonautów, to w sumie fajnie byłoby nie wrócić. Wystrzelić się w kosmos na dziesięciu ekstazach i nie wrócić na ziemię – pociągnęła drinka. Korzystała z błogosławieństwa plastikowych słomek, których lada moment miało już nie być w obiegu. Nie cierpiała hipsterskich, papierowych zamienników, które rozmaczały się w ustach jak opłatki na Wigilię.

– Ty lepiej uważaj, słyszałaś przepowiednię – mruknął konspiracyjnie.
– Stary, kiedy to ćpuńskie wizje, to nie przepowiednie. Prezek jest dilerem, który spierdala z tego ćpalnego grajdołka na Islandię, nie profetą – zaśmiała się do kubeczka, aż drink wzburzył o ścianki.
– On jest profetą. Mówię ci. Lepiej miejmy umiar. Chcesz? – zaprzeczył sam sobie. Na otwartej ręce cisnęły mu się czarne serduszka. Promocyjne ekstazy dla stałych klientów.
– A w sumie – wzięła chętnie jak się bierze kupony zniżkowe do KFC na Floriańskiej. Były gorzkie jak zepsute grejpfruty. Wykrzywiły im przełyki i twarze i pomknęły w dół żołądka.
– To czemu niby jest profetą? – pociągnęła kolejny łyk.
– Wiesz, że przepowiedział, że będę pracował w Horyzoncie? Naćpał się kiedyś z ziomkiem na oście i dobił na noc Afrykańskim Korzeniem Snów. Dzwoni do mnie w środku nocy i mówi: stary wchodź na pracuj.pl, wysyłaj się na wszystko co jest w Krakowie z językiem niemieckim. Ja do niego: no co ty stary, ja nie wyjdę z warsztatu u tego chłopa, u którego utknąłem. A on na to: chłopie, jest taka wizja. Widzę ciebie biegającego na horyzoncie Krakowa, no w sensie jest taki wielki napis, Horyzont, ty po nim biegasz ze szwabską flagą i podskakujesz, a obok jest tabliczka Kraków. Mówię ci, wysyłaj się. Ja się idę dobić i spać, bo mnie ta faza normalnie zeruje.
– Co ty pierdolisz? – Nan aż wypuściła z ręki kubeczek. Dobrze, że już pusty i plastikowy.
– Mówię, jak było. Wstałem, wklikałem się na to pracuj.pl. Nie chciało mi się specjalnie wysyłać na wszystko, wiesz, była trzecia nad ranem, na szóstą miałem do warsztatu. Wklikałem „niemiecki”, „Kraków”, a tam druga u góry, firma Horyzont, młodszy konsultant do spraw obsługi klienta z niemieckim. Zmroziło mnie jak chuj.
– Danio, czemu mi tego nigdy nie powiedziałeś? – Nan podniosła kubeczek z parkietu i robiła sobie dolewkę. Ledwo trafiała do środka.
– Jakoś nie wnikałem w to głębiej. Postawiłem Prezkowi trzy flachy z pierwszej pensji i puściłem to w niepamięć.
– No ja pierdolę. A najnowszą wizję słyszałeś? Że ktoś z naszych kwiknie z przećpania?
– No słyszałem. Tak się przestraszyłem, że asekuracyjnie naćpałem się jeszcze na biforze – zaśmiał się jak Scooby Doo w latach 90.
– Wiesz coś więcej? – Nan zignorowała jego komiksową wesołkowatość i zgrzane spojrzenie.
– Właśnie nie. Tylko tyle. Że ktoś poleci grubo z melanżem i rozbije się jak kometa. Ale nie mówił nawet, czy to ten melanż. Był bardzo niekonkretny.
– Stary, a jak on nas tu wszystkich przyprowadził, żeby nas skasować? Posprzedawał nam te wszystkie ekstazy i inne. Ja pierdolę. Ileśmy tego wzięli? – Nan oblał zlewny poekstazowy pot.
– Weź wycziluj. Bierzemy od niego trzeci rok. On nas nie odstrzeli, my mu płacimy rachunki tymi ekstazami – objął ją wzrokiem i ramieniem.
– Danio, on leci za tydzień pod gejzer i tyle go będzie. Nie potrzebuje więcej nas, piguł ani naszych hajsów. Ja pierdolę, weźmiemy, pomrzemy – oczy rozszerzyły się jej ze strachu i ekstazy.
– Nan, uspokój się, dostajesz paranoi. Wiesz, że masz skłonności do paranoi, jak się nastukasz. Weź sobie kwasa, on cię trochę ostudzi – pogrzebał w tylnej kieszeni.
– Nie biorę nic od Prezka. Nie tej nocy – Nan potrząsnęła grzywką.
– To nie od Prezka. Dostałem od ziomka na Bronowicach.

To ją przekonało. Wzięła kartonik w drżącą rękę i wsunęła go między już zaciśnięte od ekstaz zęby, które wygrywały przygrywkę do beatu walącego z głośników. Poczekała aż się rozpuści. Przełknęła resztę razem z łzami i zebrała się do kupy.

Kwas był od Prezka. Danio zwyczajnie nie chciał jej martwić, ani wpędzać w psychozę. Patrzył jak Nan zaczyna biegać między ludźmi zbitymi w gęste kupki jak Batman, w swojej luźnej, czarnej sukience.

Pterodaktyle, znowu pterodaktyle. Wszędzie pterodaktyle. Jedne w słomkowych kapeluszach, inne w narciarskich puchówkach. Pterodaktyla rewia mody. Ja pierdolę, czy to zawsze muszą być pterodaktyle, zastanawiała się sama do własnych myśli. Czy mój każdy weekend musi być replay’em z Parku Jurajskiego. Im wbiegała głębiej w odmęty Roko Koko i ziomki dawały jej tu shota wódki, tam macha jointa, pterodaktyle zaczynały kołować niżej i wolniej nad ich głowami. Jakby była w hollywoodzkim filmie i ktoś puścił pterodaktyle na slow motion. Teraz nie było już żadnych w słomkowych kapeluszach i okularach przeciwsłonecznych. Zostały tylko te wbite w zimowe kurtki, w czapkach z oklapłymi pomponami, w rękawiczkach i grubych skarpetach, poprzebijanych przez spiczaste odnóża. Były powolne, wielkie i kołowały nad nią jak złe myśli. Stała w swojej lekkiej, czarnej sukience, otoczona okutanymi na zimowo ptaszyskami, które kołowały coraz niżej i coraz bliżej niej. Było jej strasznie zimno.

– Czy ktoś ma pożyczyć kurtkę?

Odwróciło się kilka głów.

– Czy ktoś ma zimową kurtę?

Kilka głów więcej.

– Czy ktoś ma zimową kurtkę, pled, koc, kurwa, cokolwiek?

Wszystkie głowy odwróciły się i zniknęły. Wszyscy pobiegli w drugą stronę, jakby coś z tamtego końca sali wygrało konkurs o uwagę tłumu. Nan została sama, otoczona pterodaktylami od których nie miała dokąd uciec. Królowa Śniegu na urlopie. Dziewczynka z Zapałkami po godzinach. Kucnęła na środku klubu. Wydała z siebie kilka przyspieszonych oddechów i tyle samo łez.

#4   Potem

Rano obudził ją dźwięk, który przypominał telefon. Nie było nic. Nie było ludzi, nie było bankietu, nie było pterodaktyli. Pustka. Pusta sala. Pusta głowa.

– Halko – zdziwił ją dźwięk własnego głosu.
– Halo, dzień dobry. Pani Anastazja Małecka?
– Zgadza się, słucham?
– Ma pani teraz chwilę na rozmowę?

Coś mówiło Nan, że ma chwilę, że ma mnóstwo czasu i że dzwonią do niej z wieczności, sprzedawać wiecznościowe pakiety. Niebo all inclusive, pakiet dwa tygodnie w czyśćcu, wolontariat na pół roku w trzecim kręgu piekła Dantego.

– Tak, oczywiście – wzdrygnęła się.
– Kontaktujemy się z panią z powodu śmierci Jacka Prezydenckiego. Umarł ubiegłej nocy. Przyczyna zgonu: zatrucie koralikami z halucynogennego drzewa. Pan Prezydencki zaznaczył w testamencie, że w razie śmierci jego ostatnim życzeniem jest, żeby pani pojechała w jego imieniu na Islandię, na którą miał lecieć z końcem tygodnia.
– Słucham? – mózg Nan jeszcze nie kleił faktów.
– Pan Prezydencki sporządził testament tydzień temu. Widać był bardzo przezornym, młodym człowiekiem.
– Mój boże – osunęła się wzdłuż ściany na podłogę.
– Pani Anastazjo, czy zgadza się pani na wypełnienie ostatniej woli pana Prezydenckiego, czy koliduje to z pani obecnym stanem zatrudnienia?
– Mój boże – powtórzyła z braku pomysłu i wiary w to, co usłyszała.
– Pani Anastazjo?
– Tak, oczywiście. Nic nie koliduje – wstała z ziemi, z wyraźnym wysiłkiem. Na nogach miała więcej siniaków niż tatuaży.
– Rozumiem, w takim razie przebukujemy bilet na panią. Wylatuje pani w piątek, godzina 16:00 czasu lokalnego, lotnisko Kraków Balice. Zatrudnienie w sklepie spożywczym w miejscowości Hafnarfjörður zaczyna pani w poniedziałek, 8:00 rano, czasu lokalnego. Szczegóły prześlemy drogą mailową.
– Dobrze, dziękuję – otrzepywała się z kurzu i brokatu, zaścielających podłogę.
– To my dziękujemy. Proszę też przyjąć najszczersze kondolencje.

Wcisnęła czerwoną słuchawkę ułamanym paznokciem. Była 10:15, Roko Koko, niedziela. Ziomek w rogu sprzątał szatnię i klął pod nosem. Siniaki bolały jak cholera, głowa tak samo. Prezydent jednak był profetą. I po latach sprzedawania jej biletów do innych galaktyk, tym razem załatwił jej przelot w obrębie tej.

strzalkos

​Jeśli spodobało Ci się opowiadanie, to super! Gdzieś tam cieszę się jak dziecko i skaczę pod sufit mojego ośmiometrowego strychu. Udostępnij, proszę, podlinkuj, przescroluj jeszcze raz. Wpadaj też częściej na wiosnę i na Facebooka. Much love!

31 myśli na temat “Szekspir też ćpał.

  1. Ktomasz

    Trochę się dowiedziałem. Takie dydaktyczne opowiadanie, nieźle napisane. Na takie pterodaktyle jestem ciut za stary, ale warto wiedzieć… Haloperidol na to nie pomoże, a przezroczysty woreczek w koszu w toalecie, po wyjściu laski z gabinetu, sugeruje, by nie przyjmować jej już więcej. – Nie, żebym miał jakieś uprzedzenia. Po prostu nie chcę jej zabić, gdy zmiesza to, co jej wypisałem z takim „pterodaktylem”.
    Pozdrawiam.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Martinus

    Hej ;) Przyszłość przepisana komuś w testamencie brzmi tu mało przekonująco (jak wkroczenie obcej narracji), aczkolwiek pomysł sam w sobie ciekawy. Z drugiej strony nie aż tak oryginalny; ostatecznie codziennie zapisy testamentowe, w których ktoś dostaje w spadku wielki majątek albo ogromne długi, odmieniają czyjąś przyszłość. Podoba mi się natomiast, że w tym wypadku bohaterka dostała w spadku czyjeś nie odkryte, nie wypróbowane jeszcze życie. Zagadkę i szansę w jednym. Pytanie: czy do piątku się nie rozmyśli. Kontrast między porzucanym życiem, a wyobrażonym nowym otwarciem, może przerazić.

    Polubione przez 1 osoba

  3. pkropka

    Świetnie napisane opowiadania. Wciągające, z klimatem i genialnym językiem.
    Mam nadzieję, że są przesadzone, bo malujesz mroczną wizję. Chociaż pięknie podkreśloną pterodaktylami (urzekły mnie).

    Polubienie

  4. Martinus

    Hej ;) Przyszłość przepisana komuś w testamencie brzmi tu mało przekonująco (jak wkroczenie obcej narracji), aczkolwiek pomysł sam w sobie ciekawy. Z drugiej strony nie aż tak oryginalny; ostatecznie codziennie zapisy testamentowe, w których ktoś dostaje w spadku wielki majątek albo ogromne długi, odmieniają czyjąś przyszłość. Podoba mi się natomiast, że w tym wypadku bohaterka dostała w spadku czyjeś nie odkryte, nie wypróbowane jeszcze życie. Zagadkę i szansę w jednym. Pytanie: czy do piątku się nie rozmyśli. Kontrast między porzucanym życiem, a wyobrażonym nowym otwarciem, może przerazić.

    Polubienie

    1. Agata Wieczorowska

      Halko Martinus, podzięki za wnikliwy ogląd, tak naprawdę odziedziczenie w spadku czyjejś przyszłości, jak to nazywasz, jest konceptem, który Ty tu zauważyłeś. Nie myślałam tak o tym, pisząc to opowiadanie :DD Dzięki za to!

      Polubienie

  5. unaszwswirowku

    Ależ trzeba być pojebanym, żeby łykać halucynogeny jak cukierki. Ja rozumiem heroina – to nawet trzeba brać codziennie – wiem bo przez 16 lat byłem od niej uzależniony, ale te współczesne kwasy (co to i tak z LSD mają niewiele wspólnego). Toż to można szajby normalnej dostać.

    Polubienie

  6. Zib

    Czy podobało się Agatko? Bardzo nie podobało. Zbyt to wszystko mroczne. Ale piszesz pięknie(wiem takie określenie to obciach ale jest prawdziwe).
    Przeczytałem je z zapartym tchem, nienawidząc tamtego świata. Bojąc się go i cierpiąc przez niego. To koszmar a jednak jakaś tam mroczna prawda.
    Nie chcę go, ale wiem że istnieje, jest obok i żal mi Ciebie. Nie tylko Ciebie!.
    Bądź silna, tu obok jest kilka takich dziewcząt. Choć każdą z Was jest inna.
    Pozdrawiam😘

    Polubienie

      1. Zib

        Nie można o czymś pisać bez osobistego do tego stosunku. 🤔. Ja tylko współczują tej grupie, a Tobie tego kontaktu z takimi grupami.. To jest obciążenie albo gdy nie to kompletny brak empatii 😘

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.