Wypiski znad połamanych luster.

ja na koniksie

/ foto cyknięte przez Haya

Z szafki wysypują się majtki, głównie czarne, i pudełeczka, które bardzo chciałabym, żeby się nie otworzyły. Upycham je z powrotem za wiklinowe drzwiczki i prowadzę ziomka na piętro. Tym razem czwarte. Ma spocone ręce, na koszulce plamę w kształcie dwóch skrzydeł, na ramionach żyły i wyblakłe tatuaże. Pachnie remontem i świeżym potem. Ręce ślizgają mu się po szafce, oczy wypatrują numerku na drzwiach. Ostatni blok, ostatnia klatka, ostatnie mieszkanie. Nie można nie trafić. Budujący początek.

Przejechaliśmy z jednej strony Mogilskiego na drugą. Nie potrafię mieszkać dalej niż Mogilskie, nie widzieć z okna Ogrodu Botanicznego, nie zasypiać w cieniu Szkieletora i nie budzić się w hałasie jego remontu. Mieszkanie w centrum, prosta rzecz, opcja na wszystko. Więcej możliwości niż chęci i czasu. Nie plujesz sobie w brodę, że nie byłaś, nie widziałaś, nie złapałaś się z kimś, nie melanżowałaś. Chociaż „melanż” to słowo, które po trzydziestce ludzie wymazują ze słownika i zamieniają na słowo „kredyt”.

Co prawda czwarte piętro brzmi jak wyrok, ale niesiemy. Ziomek – niechlubną szafkę pełną majtek i sekretów, ja – karton z Ikei wysadzany kaktusami i plecak pełen książek i korków od wina. Będę z nich kleić wieńce na Boże Narodzenie i sprzedawać na Rynku. Na jednym zamku – trzy obroty w lewo, na drugim – jeden w prawo. Jesteśmy.

Białe ściany od ściany do ściany, na nieskalanych podłogach chodniczki z niepoodcinanymi metkami. Widok jak z katalogu Ikei. Chcę przewrócić kartkę, ale o mało nie przewracam się o świeżo postawiony próg i ostrożnie odstawiam kaktusy poza trajektorię korytarz – pokój.

Wzdycham. Czwarte piętro. Widok jak z Kopca Kościuszki jak się schowa fotografujących ludzi. Roof party na okrągło. Tylko ABB zasłania Słońce. Trzyliterowy, toporny neon – świeżo wydziarany tatuaż na miejskiej tkance. Ociekający krwią i osoczem. Spływający na dachy domów i głowy przechodniów. Zalewający Rondo Mogilskie czerwoną poświatą. Paskudnie psychodeliczny. Za długa i za ciężka faza, której nie ma czym zbić. Przecieram oczy.

Biały budynek wygląda jak domino sklejone kropelką. Ładni ludzie w ładnych ubraniach, z eko papierosami w ręku niemrawo orbitują wokół budynku. Idealny kwadracik na Insta. Brody po pachy, tatuaże z Kultu, hajsy z nadgodzin przesiedzianych na dymku na dachu albo na dole w sklepiku na budyniu instant.

Zęby łyskają nie z powodu żartów, ale dlatego, że są świeżo wybielone. Paski wybielające chodzą na Allegro taniej niż tabletki na odchudzanie. W rękach iphony ostukiwane hybrydowym paznokciem i pierścionkiem zaręczynowym z Apartu. Na trzecim piętrze ten sam pierścionek błyszczy na ośmiu palcach. Zaręczyny instant, spa z Grouponu i pięciogwiazdkowy hotel. Wrzutka na Insta i szybki seks w jacuzzi. Ciężki rachunek i ciężki kac dzień po.

Na tygodniu też życie instant. Sushi z biedronki, shake z McDonalda, wieczór z Tindera. Miłość życia na jedną noc. Kilka kresek, kilka dobrych bitów, kilka przecznic stąd. W ostateczności półroczne L4 na kręgosłup albo od psychiatry. Rzadko, ale jednak. Plan B, opcja Exit, szybki game over. Można pierdolnąć wszystkim, iść kręcić klipy, kręcić jointy, kręcić się po własnym życiu jak po sklepie z zabawkami.

Ziomek odpala papierosa jakby to była rakieta w kosmos, rakieta nad Mogilskie. Też kiedyś pracował w korpo. Mówi, że to przedszkole dla dużych dzieci. Że ludzie tam nie podejmują decyzji, nie podejmują ryzyka, nie podejmują tematu, który się nazywa „życie”. W korpo kierował projektem, teraz kieruje własnym życiem i dużą nyską przewozową. Pod szyldem Herkulesa i obrazkiem Myszki Miki przewozi rzeczy z miejsca na miejsce. Pytam, czy fajnie tak i czy to lubi. Nie wierzę w swoje pytanie, ale jeszcze bardziej nie wierzę w odpowiedź. Tak, lubi to, a najbardziej lubi lodówki. Są duże, ale poręczne i najfajniej się nosi. Takie przenoszenie ma więcej sensu niż klepanie w korpo. A przenoszenie lodówek to już w ogóle praca marzeń. Dogasza fajkę i rzuca w kierunku ABB. Nie wiadomo, czy trafia, bo napis i tak płonie.

22 myśli na temat “Wypiski znad połamanych luster.

  1. Pingback: Król życia (uzdrowienie) | Łódź Odysa

  2. andrzej jóźwik

    „Kręcić się po własnym życiu jak po sklepie z zabawkami.” Ten, kto wymyślił słonia w składzie porcelany, zazdrości. Czyta się, fajne obrazy. Szczególnie w niedzielę rano, kiedy całe korpo śpi :)

    Polubienie

  3. houseferatu

    „Kręcić się po własnym życiu jak po sklepie z zabawkami”. Zjawiskowa proza, wiadomo, czasem wrzuciłbym gdzieś przecinek, ale sam nie zawsze ogarniam. Wszystko to cyniczne tak jak lubię, ale coś mnie kusi, żeby Cię, droga autorko, skłonić do zajęcia ostatecznej pozycji w kwestii korpo- niekorpo. Bo tak asekuracyjnie wbijasz szpileczki w obie strony :P. Tekst 10/10, chciałbym więcej takiego złota na czytniku. Pozdrawiam.

    Polubienie

  4. Bet

    Z tego tekstu bije smutek. Prosty i czysty ludzki smutek. A powinna być radość i entuzjazm z młodości, z nowego miejsca, z ogromu możliwości, z życia po prostu. Może czegoś nie zrozumiałam ale zasmuciłam się.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.